
Krzysztof Przybył: Local content. Deklaracje to dopiero początek
Przez lata słyszeliśmy, że kapitał nie ma narodowości, a firmy powinny kupować tam, gdzie jest najtaniej. Pandemia, wojna na Ukrainie i kryzys energetyczny pokazały jednak, że rachunek ekonomiczny nie zawsze wystarcza. Gdy przerywają się łańcuchy dostaw albo pojawiają się napięcia geopolityczne, nagle okazuje się, że własny przemysł, własne kompetencje i własne surowce mają bardzo konkretną wartość. Ba, są niezastąpione.
Dlatego dobrze, że Ministerstwo Aktywów Państwowych zaczęło mówić o local content. Minister Wojciech Balczun słusznie podkreśla, że państwowe inwestycje powinny budować miejsca pracy, kompetencje i zamówienia dla polskich firm. Trudno z tym polemizować. Problem polega na tym, że każda taka idea prędzej czy później trafia do praktyki. I właśnie tam zaczynają się schody.
Local content ma dziś znaczenie strategiczne
Jeszcze kilka lat temu podobne podejście wielu ekonomistów uznałoby za przejaw protekcjonizmu. Dziś podobnym językiem mówi cała Europa.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wielokrotnie podkreślała konieczność ograniczania strategicznych zależności od dostawców spoza Unii. Raport przygotowany w 2024 r. przez Mario Draghiego („The future of European competitiveness”) wskazuje, że bez odbudowy własnej bazy przemysłowej Europa będzie traciła konkurencyjność wobec Stanów Zjednoczonych i Chin. Coraz częściej pojawiają się pojęcia odporności gospodarczej, bezpieczeństwa ekonomicznego i strategicznej autonomii.
Miliardy inwestycji powinny pracować dla polskich firm
Najlepszym przykładem pozostają Niemcy. Formalnie rynek jest otwarty, ale gdy w grę wchodzą sektory strategiczne, niemieckie państwo od lat wspiera własne kompetencje przemysłowe. Dotyczy to energetyki, kolei, przemysłu chemicznego czy maszynowego. Podobnie postępuje Francja, która konsekwentnie buduje własny potencjał w energetyce jądrowej, przemyśle obronnym i transporcie.
W Polsce ten test dopiero się zaczyna.
Przed nami inwestycje liczone w setkach miliardów złotych. Offshore, energetyka jądrowa, modernizacja sieci elektroenergetycznych, kolej, przemysł obronny. Pytanie nie brzmi wyłącznie, ile będą kosztować. Równie ważne jest, kto na nich zarobi. Czy zamówienia trafią do polskich hut, producentów konstrukcji stalowych, stoczni, biur projektowych i firm serwisowych? Czy pozostaniemy przede wszystkim odbiorcą gotowych technologii oraz importowanych komponentów?
Podobny problem dotyczy przemysłu chemicznego. Europejskie organizacje branżowe od dawna alarmują, że wysokie ceny energii i napływ tańszych produktów spoza Unii osłabiają konkurencyjność zakładów działających według europejskich standardów środowiskowych. W efekcie kolejne fabryki ograniczają produkcję lub zawieszają działalność.
Solino i import soli z Turcji
Na tym tle warto spojrzeć na sprawę IKS Solino, nagłośnioną w ostatnich dniach w mediach. Spółka z Grupy Orlen miała testowo zdecydować się na import soli i tabletek solnych z Turcji, a więc spoza UE. Solino wyjaśnia, że chodzi o sprawdzenie alternatywnych źródeł dostaw i zabezpieczenie produkcji.
Trudno nie zauważyć pewnego paradoksu. Polska należy do europejskich potentatów w wydobyciu soli. Kłodawa jest największą czynną kopalnią soli kamiennej w Europie. Kujawskie wysady solne od dziesięcioleci stanowią fundament krajowego przemysłu chemicznego i umożliwiły budowę magazynów kawernowych w Górze czy Mogilnie. Mamy surowiec, doświadczenie i zaplecze technologiczne.
IKS Solino nie jest przy tym zwykłą spółką. Należy do Grupy Orlen i funkcjonuje przy infrastrukturze mającej znaczenie dla bezpieczeństwa paliwowego państwa. Dlatego decyzje zakupowe podejmowane przez taki podmiot trudno rozpatrywać wyłącznie w kategoriach ceny czy logistyki.
Prezes Orlenu Ireneusz Fąfara wielokrotnie mówił o znaczeniu polskich dostawców i krajowych kompetencji dla realizowanych inwestycji. Szkoda, że jego głos, a także głos premiera i ministra aktywów państwowych nie jest słuchany na dole.
Ta sprawa oczywiście zasługuje na wyjaśnienie. Jeżeli import z Turcji ma charakter wyłącznie przejściowy, warto jasno pokazać, jakie miejsce w tej strategii zajmuje krajowa produkcja. Jeżeli natomiast podobne rozwiązania miałyby pojawiać się częściej, trudno będzie uniknąć pytań o spójność z ideą local content.
O wiarygodności decydują decyzje
Local content nie jest ideą wymierzoną przeciwko zagranicznym firmom. Nie oznacza także obowiązku kupowania na niekorzystnych warunkach tylko dlatego, że producent działa w Polsce. Zakłada natomiast, że tam, gdzie państwo dysponuje własnymi zasobami, kompetencjami i przemysłem, bierze to pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Zwłaszcza w sektorach związanych z bezpieczeństwem energetycznym, surowcowym czy infrastrukturalnym.
To właśnie tam okaże się, czy idea promowana dziś przez rząd stanie się trwałym elementem polityki gospodarczej, czy pozostanie dobrze brzmiącym hasłem.
Źródło: Salon24.pl, blog Krzysztofa Przybyła, prezesa Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego









