
Krzysztof Przybył: Alarm ratingowy dla Polski!
Polska gospodarka wciąż rośnie, bezrobocie pozostaje niskie, a na tle wielu państw Unii nadal wyglądamy jak kraj z dużym potencjałem. Właśnie dlatego ostrzeżenia agencji ratingowych powinny być śledzone ze szczególną uwagą. Kryzys finansów publicznych rzadko zaczyna się od spektakularnego krachu. Najpierw pojawia się przyzwyczajenie, że deficyt „jakoś się sfinansuje”, dług „jeszcze nie jest tak wysoki”, a koszt obsługi państwa można przykryć optymistyczną konferencją prasową. Potem przychodzi rachunek.
Agencje Fitch i Moody’s utrzymały ratingi Polski odpowiednio na poziomach A- i A2, ale obie agencje zmieniły perspektywę na negatywną. Fitch prognozował deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 6,9 proc. PKB w 2025 r. i 6,8 proc. w 2026 r., czyli wyżej niż cel resortu finansów na 2026 r. wynoszący 6,5 proc. PKB. To stanowi poważny sygnał, że rynki zaczynają pytać o wiarygodność polskiej polityki fiskalnej.
Ratingi ostrzegają: polski dług rośnie szybciej niż wiarygodność budżetu
Problem polega na tym, że Polska nie zadłuża się dziś w warunkach recesji, masowego bezrobocia czy załamania wpływów podatkowych. Zadłuża się przy wzroście gospodarczym. Według prognoz przywoływanych przez „Financial Times”, Komisja Europejska spodziewała się w 2026 r. wzrostu polskiej gospodarki o 3,4 proc., jednego z najwyższych w UE, ale jednocześnie deficytu na poziomie 6,3 proc. PKB – ponad dwukrotnie wyższego niż kryterium z Maastricht.
Jeśli państwo nie potrafi ograniczać deficytu w okresie wzrostu, to co zrobi przy spowolnieniu? Podniesie podatki? Odetnie inwestycje? Zacznie kreatywnie przesuwać wydatki poza budżet? A może będzie liczyć, że agencje ratingowe i inwestorzy jeszcze przez kilka lat dadzą się przekonywać opowieścią o „przejściowych trudnościach”?
Oczywiście Polska ma realny argument, którego nie wolno lekceważyć: obronność. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę wydatki wojskowe stały się koniecznością. Polska przeznacza na armię rekordowe środki: w 2025 r. miało to być 4,7 proc. PKB, a w 2026 r. 5 proc. PKB, czyli poziom najwyższy w NATO. Tyle że nawet słuszne wydatki trzeba finansować w sposób wiarygodny. Jeżeli obrona państwa staje się trwałym obciążeniem, to wymaga trwałego i przemyślanego modelu finansowania, a nie corocznego dopisywania kolejnych miliardów do długu.
Rząd próbuje szukać pieniędzy sektorowo, na przykład poprzez wyższe opodatkowanie banków. Plan zakładał podniesienie stawki CIT dla banków z 19 do 30 proc. w 2026 r., potem jej stopniowe obniżanie do 26 proc. w 2027 r. i 23 proc. w 2028 r. Według rządowych szacunków miało to dać ok. 6,5 mld zł dodatkowych wpływów w 2026 r. Brzmi dużo, dopóki nie zestawi się tego z planowanymi wydatkami obronnymi rzędu ok. 200 mld zł.
Polska potrzebuje planu, nie księgowych sztuczek
Nie da się więc zbudować stabilności finansów publicznych prostym opodatkowaniem banków. Takie działania mogą być politycznie wygodne, ale nie zastąpią przeglądu wydatków, porządkowania transferów, ograniczania marnotrawstwa, reformy systemu podatkowego i poważnej rozmowy o tym, które obietnice państwo jest w stanie udźwignąć. Państwo nie może być jednocześnie sponsorem wszystkiego, gwarantem wszystkiego i dłużnikiem, którego nikt nie pyta o rachunek.
W tle jest jeszcze Bruksela. Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu po przekroczeniu unijnego limitu 3 proc. PKB; w 2024 r. Komisja Europejska wskazywała na deficyt 5,7 proc. PKB. Minister finansów argumentował, że bez wydatków obronnych Polska nie znalazłaby się w tej procedurze. To argument politycznie zrozumiały, ale ekonomicznie niewystarczający. Rynków nie interesuje tylko powód deficytu. Interesuje je również to, czy państwo ma plan jego ograniczania.
Polska nie jest jeszcze w sytuacji dramatycznej. I właśnie dlatego trzeba reagować teraz. Najgorsza polityka fiskalna zaczyna się od uspokajania, że „jeszcze daleko do katastrofy”. Dług publiczny rzadko eksploduje jednego dnia. Najpierw rośnie koszt obsługi, potem maleje przestrzeń na inwestycje, następnie coraz trudniej finansować armię, zdrowie i infrastrukturę, aż w końcu państwo traci swobodę decyzji.
Polska potrzebuje nie kolejnej odsłony kreatywnej polityki budżetowej, lecz wiarygodnej strategii naprawy finansów publicznych. Bez tego nawet szybki wzrost gospodarczy stanie się tylko zasłoną dymną dla państwa, które wydaje więcej, niż jest w stanie bezpiecznie udźwignąć. A państwo, które traci kontrolę nad własnym długiem, zaczyna tracić także część swojej suwerenności.
Źródło: Salon24.pl, blog Krzysztofa Przybyła, prezesa Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego









