
Krzysztof Przybył: Dług nie wybacza. Przedsiębiorcy też nie wybaczą
W debacie publicznej wciąż za łatwo padają obietnice nowych wydatków, a niemal nigdy nie pada pytanie, kto za to zapłaci. Tymczasem polskie finanse publiczne doszły do momentu, w którym polityka „jakoś to będzie” zaczyna być realnym zagrożeniem dla wzrostu gospodarczego. Skoro według rządowej strategii dług sektora publicznego ma sięgnąć 59,8 proc. PKB w 2025 r. i 60,9 proc. w 2026 r., to znaczy, że Polska dochodzi do granicy, po której każde kolejne rozluźnienie fiskalne będzie kosztowało więcej, niż politykom się wydaje.
Nie chodzi o straszenie, że katastrofa jest tuż za progiem, ale o elementarną odpowiedzialność. Państwo z wysokim deficytem i długiem bliżej 60 proc. PKB ma mniej przestrzeni na reagowanie w razie spowolnienia, kryzysu bezpieczeństwa, załamania koniunktury czy kosztownych turbulencji na rynkach.
Polityczne rozdawnictwo może dziś kosztować Polskę znacznie więcej niż kilka lat temu
W tym kontekście szczególnie groźnie brzmią wszystkie populistyczne pomysły dalszego pompowania transferów socjalnych. Nie dlatego, że państwo nie ma żadnych obowiązków wobec rodzin czy słabszych. Bo ma. Ale dlatego, że trwały program wydatkowy uruchamia się łatwo, a cofa niemal nigdy. Co ważne, sami Polacy zdają się rozumieć to lepiej niż część klasy politycznej. Z badania ośrodka Pollster dla „Super Expressu” wynika, że 61 proc. badanych nie popiera podwyższenia 800 plus do 1000 zł, a za takim ruchem jest 39 proc. To dobry prognostyk. Oznacza, że społeczeństwo zachowuje więcej rozsądku fiskalnego, niż można by sądzić po temperaturze politycznych licytacji.
Przed nami wybory parlamentarne 2027 r. I właśnie tu rodzi się największe niebezpieczeństwo. Rządzący mogą ulec pokusie myślenia: trzeba przetrwać dwa lata, a skutkami dzisiejszych decyzji będzie martwił się ktoś inny za pięć czy dziesięć lat. Opozycja z kolei może kalkulować odwrotnie: trzeba cisnąć władzę o kolejne wydatki, bo jeśli odmówi, będzie można ją oskarżyć o brak wrażliwości społecznej. Jedna i druga logika jest fatalna.
Państwo, które przyzwyczaja obywateli do tego, że każdy problem można zasypać pieniędzmi, bardzo szybko dochodzi do momentu, w którym pieniędzy zaczyna brakować, a problemy zostają.
Państwo nie może ratować budżetu kosztem firm.
Nie mniej groźna byłaby próba ratowania napiętych finansów publicznych przez dalsze dociskanie przedsiębiorców. Polska nie wyjdzie z pułapki wysokiego długu przez dokładanie kolejnych ciężarów tym, którzy inwestują, zatrudniają i płacą podatki. Przeciwnie, potrzeba jest luzowania presji na polskie firmy tam, gdzie to możliwe: upraszczania regulacji, ograniczania kosztów administracyjnych, poprawy przewidywalności prawa, zmniejszania fiskalnego i biurokratycznego chaosu. Gospodarka nie uratuje budżetu, jeśli sama będzie dławiona.
Trwałe bezpieczeństwo finansów publicznych nie bierze się z kolejnych transferów i kolejnych politycznych pokazów hojności, lecz z połączenia dyscypliny wydatkowej z przestrzenią do wzrostu dla sektora prywatnego. Państwo, które jedną ręką rozdaje coraz więcej, a drugą odbiera to firmom w podatkach, składkach, opłatach i kosztach regulacyjnych, nie prowadzi polityki rozwojowej. Prowadzi politykę krótkiego oddechu.
Trochę odpowiedzialności, klaso polityczna!
Dlatego dziś potrzeba wspólnego minimum odpowiedzialności. Rząd nie może zakładać, że skutki obecnego rozluźnienia fiskalnego spadną na następców. Opozycja nie powinna traktować kolejnych wydatków socjalnych jako wygodnej pałki na władzę. A wyborcy najwyraźniej rozumieją już, że im bliżej 2027 r., tym większa będzie pokusa kupowania poparcia cudzym kosztem – kosztem przyszłych podatników, przyszłych rządów i przyszłej konkurencyjności polskiej gospodarki. Właśnie dlatego już dziś trzeba powiedzieć jasno: hamowanie rozdawnictwa i odciążanie firm nie są sprzeczne. To są dwa warunki tej samej odpowiedzialnej polityki gospodarczej.
Źródło: Salon24.pl, blog Krzysztofa Przybyła, prezesa Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego









