
Krzysztof Przybył: Lekarz jako wygodny winny
Narracja wokół ochrony zdrowia w Polsce przybiera niebezpieczny kierunek. Nie dlatego, że nagle pojawił się problem z lekarzami, lecz dlatego, że realne słabości systemu coraz częściej przykrywa się narracją o „uprzywilejowanej kaście”, „gigantycznych kontraktach” i „zarobkach nie z tej ziemi”. Ten ton jest politycznie wygodny, bo nośny medialnie. Pacjent czeka miesiącami, szpital ma długi, personelu brakuje, NFZ nie radzi sobie z finansowaniem potrzeb, więc łatwiej wskazać konkretną grupę zawodową niż tłumaczyć, dlaczego państwo od lat nie potrafi zbudować sprawnego systemu.
Dane są bezlitosne. Według Barometru Watch Health Care średni czas oczekiwania na świadczenie zdrowotne wynosił w 2025 r. 4,2 miesiąca, najwięcej od początku prowadzenia pomiarów w 2012 r. CBOS pokazał z kolei, że 70 proc. badanych negatywnie ocenia publiczną ochronę zdrowia, a do najgorzej ocenianych obszarów należą dostępność specjalistów, którą źle ocenia 82 proc. respondentów, niedobór personelu medycznego w szpitalach, 65 proc., oraz dostęp do badań diagnostycznych, 60 proc.
Lekarze wciąż mają zaufanie pacjentów
Paradoks polega na tym, że Polacy bardzo źle oceniają system, ale samych lekarzy znacznie lepiej. W tym samym badaniu CBOS niemal trzy czwarte ankietowanych docenia kompetencje lekarzy. To ważne rozróżnienie. Pacjent może być wściekły, że czeka pół roku na wizytę, ale gdy już trafia do gabinetu, często widzi człowieka pracującego ponad siły: między publiczną placówką, dyżurem, poradnią i prywatnym gabinetem. Problemem nie jest samo istnienie dobrze wynagradzanych specjalistów, lecz fakt, że państwo stworzyło system, w którym dostęp do nich stał się dobrem reglamentowanym.
Patologie trzeba oczywiście piętnować i nagłaśniać. Jeżeli gdzieś pojawiają się absurdalne kontrakty, kumulowanie dyżurów, konflikty interesów albo lokalne układy w szpitalach, powinny być kontrola, jawność i odpowiedzialność. Czym innym jest jednak punktowe rozliczanie nadużyć, a czym innym publiczne przedstawienie całej grupy zawodowej jako podejrzanej. Zwłaszcza dziś, gdy Europa mierzy się z niedoborem kadr medycznych. Raport OECD i Komisji Europejskiej wskazuje, że w latach 2022-2023 niedobór lekarzy zgłaszało 20 państw UE, a deficyt lekarzy, pielęgniarek i położnych w Unii szacowano na około 1,2 mln osób.
Politykom taki ton się opłaca
Rządzącym narracja wymierzona w lekarzy może służyć jako zasłona dymna. Skoro system jest niewydolny, można przesunąć uwagę z decyzji budżetowych, organizacji szpitali, kolejek i niedoboru kadr na pytanie, kto ile zarabia. Opozycji ten sam ton również bywa wygodny, bo populizm ma prostą instrukcję obsługi: wskazać grupę, wzbudzić gniew, obiecać „zrobienie porządku”. Jedni i drudzy wiedzą, że łatwiej wywołać emocje jedną fakturą na wysoką kwotę niż skomplikowanym wyjaśnianiem realnych potrzeby systemu.
Brzmi znajomo? W latach 90. podobny mechanizm dotknął przedsiębiorców. Wystarczyło powiedzieć: „pierwszy milion trzeba ukraść”. Jeśli ktoś odniósł sukces, pewnie miał układy. Jeśli rozwinął firmę, pewnie kombinował. Trzeba było wielu lat, by zmieniło się postrzeganie tych, którzy ciężko pracowali na sukces całej polskiej gospodarki. Pomagały w tym także pozytywne symbole, takie jak Godło „Teraz Polska”, które od ponad trzech dekad promuje najlepsze polskie produkty i usługi. Budowanie zaufania trwa latami. Niszczenie go potrafi się dokonać w jednym sezonie politycznym.
Bez lekarzy nie będzie naprawy systemu
Publiczna ochrona zdrowia wymaga konkretnej rozmowy o pieniądzach, organizacji, kolejkach, wynagrodzeniach i odpowiedzialności. Taka rozmowa jest potrzebna także lekarzom, bo to oni na co dzień pracują w systemie, który często jest niewydolny, źle zarządzany i niesprawiedliwy wobec pacjentów oraz personelu. Ale debata zaczynająca się od polowania na lekarzy skończy się jeszcze większą nieufnością, odpływem kadr i kolejną falą frustracji.
Jak wspomniałem, już przerobiliśmy scenariusz, w którym sukces zawodowy uznawano za dowód winy, a całe środowisko ustawiano pod pręgierzem w imię doraźnych politycznych korzyści. Nie warto powtarzać tego błędu wobec ludzi, bez których żaden system ochrony zdrowia po prostu nie będzie funkcjonować.
Źródło Salon24.pl, blog Krzysztofa Przybyła, prezesa Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego









